Naszyzm

Naszyzm totalny oznacza, że istnieje już tylko jedno kryterium doboru i oceny – nasz ci on (ona, ono)!

Naszyzm samoograniczony to taki, który dodaje także jakieś kryteria kompetencji, a na kierownika budowy wyszukuje „naszego inżyniera”.

Naszyzm jest przekleństwem naszej strefy geograficznej, w której silnie zakorzenione są zjawiska nepotyzmu, klik, korupcji w końcu. Bo by zostać „naszym”, czyli posiadać kompletne kwalifikacje na każdą funkcję w systemie, trzeba być szwagrem, kolegą ze szkoły/studiów/partii, można także naszość sobie kupić.

Po 28 latach mało kto pamięta, jak poważnym argumentem przeciw komunizmowi była nomenklatura (systemowe wyznaczanie kadry zarządzającej przez instancje partyjne), na ilu listach postulatów i w ilu rozważaniach pojawiało się żądanie obsady stanowisk według kompetencji, a nie przynależności.

Z małą przerwą początku lat 90. doktrynę naszyzmu stosowaliśmy przez całą III RP – samoograniczonego, bo kolejno rządzące partie, wymiatając urzędy, starały się obsadzać stanowiska ludźmi spełniającymi choćby minimalne kryteria kompetencji czy wykształcenia formalnego.

Jak w wielu innych sferach życia, obecne rządy przełamały imposybilizm i przeróżnymi Misiewiczami zbliżyły polityczny naszyzm do postaci czystej – nieobciążonej jakimikolwiek rozważaniami, czy „Kowalski” się nadaje – „Kowalski” jest nasz i chce tej funkcji, więc się nadaje.

Naszyzm polityczny jest przez nas dosyć gładko znoszony, w pamięci naszej, naszych rodziców i dziadków był on obowiązującą normą. Być może zagnieździł się nawet w naszym kodzie genetycznym. Naszyzm doskonale wpisuje się w folwarczny styl zarządzania wszystkim – od kiosku z gazetami po fabrykę, gdzie przełożony niezależnie od kompetencji ma zawsze rację, a wydajność zależna jest wprost od ilości i natężenia wrzasków karbowego.

Niepokojące, że naszyzm łatwo przeniósł się do sfery kultury, która – co by nie powiedzieć – poza najczarniejszym okresem stalinizmu jakoś umiała od niego uciekać.

Spójrzmy na dyskusję, w której rządzący bronią hojnego finansowania disco polo i promowania tego stylu rozrywki w ramach misji mediów publicznych. Disco polo jest nasze, kochane przez naszych wyborców, więc jest sztuką wysoką, najwyższą, w sam raz do wystawienia w operze. „Korona królów” jest nasza – więc jest najlepszym serialem historycznym. Magdalena Ogórek jest nasza, więc dorzucimy wydawnictwu 40 tys. premii do komercyjnego przecież przedsięwzięcia, jakim jest książka o jej przygodach. W dyskusji tej nikt nawet nie próbuje ściemniać, że p. Ogórek trzeba wesprzeć w drodze do literackiego Nobla – jest nasza, napisała słuszną książkę, a jeśli kpisz z jej grafomańskich odlotów, to jesteś sojusznikiem nazistów, nieustająco rabujących Polskę z dzieł sztuki. Naszyzm kulturowy w wykonaniu władzy publicznej także wkroczył w fazę czystą.

Najsmutniejsza w nawrocie czystego naszyzmu jest jego akceptacja także w kręgach niepisowskich, przejawiająca się w karykaturalnej „neochłopomanii” części elit publicystycznych. Pochylają się one z troską nad własną traumą „grzechów transformacji”, narzucają specyficzną formę „szacunku dla człowieka prostego”: „nie mówmy mu, że disco polo to badziewie, bo on ucierpiał na transformacji, poczuje się jeszcze bardziej wykluczony”. Nie ma nic głupszego i obłudnego niż taki nazywany empatią paternalizm, kłamstwa w imię potencjalnego sojuszu z ludem prostym (lub prostackim).

Zapominamy, że są sfery, w których większość nie przegłosuje zmiany reguł. Możemy uchwalić nową, inną tabliczkę mnożenia, ale dwa razy dwa zawsze na końcu będzie równało się cztery. Możemy ustawowo uznać disco polo za wielką sztukę, a Magdalenę Ogórek za Norwida – nic z tego, poza śmiesznością, nie wyniknie.

Prawdziwie rewolucyjny, prawdziwie modernizacyjny byłby ruch – polityczny, społeczny, kulturowy – który za cel swojego działania przyjąłby zwalczanie naszyzmu. Bo dziś każdego, kto powie, że Zenek Martyniuk to nie Mozart, mainstream uznaje za wariata, elitarystę, nierozumiejącego współczesnej Polski. Naszej (naszystowskiej) Polski.