Ksiądz wychowawca

Minister Anna Zalewska opublikowała projekt rozporządzenia w sprawie organizacji nauki religii w szkołach. Novum jest możliwość powierzania katechetom wychowawstwa klasy. W uzasadnieniu czytamy między innymi: „Na potrzebę zmiany przepisu w tym zakresie wielokrotnie wskazywali przedstawiciele Kościołów i innych związków wyznaniowych prowadzących nauczanie religii w szkołach”.

Czyli należy powierzyć katechetom wychowawstwa klas, bo katecheci tego chcą.

Polska szkoła ma dobre i złe strony. Tą lepszą, choć niedającą 100-proc. efektu, jest system kwalifikacji, wymogi formalne, awans zawodowy. Temu systemowi podlegają nauczyciele wszystkich przedmiotów, nie podlegają mu katecheci.

Zgodnie z porozumieniem episkopatu z MEN katechetą może zostać w liceach ksiądz po seminarium duchownym „z przygotowaniem pedagogicznym do nauczania religii”. Podkreślam to, ponieważ „przygotowanie pedagogiczne do nauczania religii” jest potwierdzane przez seminarium, uzyskane na kursie kolegium teologicznego – nie jest więc tokiem przygotowania nauczycielskiego, jakie muszą przejść nauczyciele. Na niższych poziomach szkolnictwa katechetami mogą być alumni 4. i 5. roku seminariów duchownych.

Rozporządzenie zatem faktycznie obniża próg kwalifikacji dla osoby, która może być wychowawcą. Tyle o formalnościach, teraz o tym, co z nich wynika.

Katecheci są szczególnym bytem w szkole – traktowani i opłacani przez państwo, uczestniczą w radach pedagogicznych, cieszą się stabilnym pensum (katecheza to jedyny przedmiot, który nie jest objęty redukcją liczby godzin przy kolejnych zmianach podstawy programowej), realizujący program ustalany w instytucji wyznaniowej. Są wyjątkowymi pracownikami szkoły, niepodlegającymi faktycznie nadzorowi jej dyrektora czy kuratoryjnemu. Wiem oczywiście, że państwo mogłoby próbować ich nadzorować – ale nigdy w praktyce to nie zadziałało. Mamy więc pracownika, który może być gorzej przygotowany, w zamian za to podlega jedynie swojemu biskupowi w ramach tzw. misji. „Misja” zobowiązuje go do wypełniania zadań katechetycznych nie tylko w wyznaczonych godzinach, ale w całości jego udziału w życiu szkoły.

Nietrudno sobie wyobrazić misję katechety na godzinach wychowawczych i traktowanie na tych lekcjach nonkonformistów, którzy przyznają się do innowierstwa, ateizmu lub po prostu rezygnują z uczęszczania na te zajęcia ze względu na ich żenujący poziom. Działa Państwu wyobraźnia? Nawet nie musi być to wyobraźnia – każdy z nas, jeśli ma lub miał dzieci w wieku szkolnym, spotkał się z presją. W wielkich miastach może mniej groźną, w małych ośrodkach łamiącą charaktery i uczącą konformizmu.

Powierzenie wychowawstwa katechetom jest kolejnym narzędziem opresji ideologicznej, której ofiarami są w pierwszym rzędzie dzieci, w kolejnym ich rodzice. Nie jest tak, jak czytałem w pierwszych komentarzach, że to wprowadzanie państwa wyznaniowego. W edukacji, w szkołach obwieszonych krzyżami i działających pod dyktando sterowanych przez proboszcza katechetów państwo wyznaniowe ma się znakomicie od lat, teraz tylko po raz kolejny jest wzmacniane.

Nie wiem, czym my, Polacy, zasłużyliśmy na to, żeby wychowawcami naszych dzieci mogli zostawać przeróżni Międlarowie. Zgodnie z projektem rozporządzenia słynny w ostatnich dniach ks. Piwko, który oprotestował nadanie imienia Ireny Sendlerowej szkole w Izdebniku, „bo Żydówka, feministka i niegodna”, jeśli dostanie misję od biskupa, zostanie w tejże szkole katechetą i może wychowawcą klasy, której dzieci głosowały na taką, a nie inną patronkę. Nie wątpię, że szybko zabrałby się za ich „nawracanie”.

Kościół jest stroną ideologicznego sporu, sporu, który dzieli Polaków. Nie ma nic dobrego w tym, by jednej ze stron takiego sporu powierzać wychowanie wszystkich dzieci. Nie wiem, jak przypomnieć rządowi i pani minister, że ich obowiązki są najpierw polskie, że interes Polaków, a nie takiego czy innego związku wyznaniowego, ma być dla nich celem działania.

Pani minister rozszerza władzę katechetów, a w sejmowej zamrażarce od dwóch lat leży obywatelski projekt ustawy „Świecka szkoła”, który miałem zaszczyt prezentować w Sejmie podczas pierwszego czytania. Projekt, chyba jedyny obywatelski „niepisowski”, jaki przebrnął w tej kadencji przez wstępne głosowanie i został skierowany do prac w komisjach, zakłada likwidację finansowania katechezy w szkołach.

Według badań od 40 do 60 proc. Polaków było wówczas za. Pani Minister, może zamiast wzmacniania rozporządzeniem roli związku wyznaniowego w publicznej szkole odmroźmy i poddajmy debacie ten projekt? Pogadajmy o roli katechezy, o tym, na co wydajemy rocznie 1,5 mld złotych z budżetu. Będzie Pani mogła przedstawić swoje argumenty za dominacją interesu Kościoła nad interesem Polski.