Oddzielmy sport od polityki…

Zawartą w tytule mantrę „piłkarskiej rodziny”, „rodziny olimpijskiej” i wszelkich innych „rodzin” co bardziej kosztownych sportów powtórzył dziś, witając działaczy FIFA, rosyjski prezydent Władimir Putin.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy pod hasłem „oddzielenia” sportowy świat odszedł na stałe od brania na siebie moralnej odpowiedzialności za decyzje o powierzaniu organizacji wielkich imprez. Czasy, w których RPA nie uczestniczyła w turniejach (nie mówiąc nawet o możliwości ich organizacji) ze względu na apartheid, to odległa, romantyczna przeszłość.

Za tymi decyzjami stoi oczywiście twarda rzeczywistość ekonomiczna – mistrzostwa świata, igrzyska swoimi rozbuchanymi kosztami dawno prześcignęły jakikolwiek realny poziom przychodu dla organizatorów. W krajach demokratycznych, w których ciężar organizacji spada na prywatny pieniądz, firmy nie garną się do biznesu gwarantującego straty, a politycy nie proponują swoim wyborcom wydania miliardów na taką imprezę. Umiarkowane oferty z takich krajów nie budzą sympatii działaczy sportowych federacji, którzy niezmiennie oczekują coraz większego blichtru, przepychu na kolejnych imprezach.

W takiej rywalizacji zawsze wygrają ci, którzy są w stanie zaplanować miliardowe straty. Z zasady są to państwa, które takimi igrzyskami podreperowują swój wizerunek – zarówno zewnętrzny, jak i wewnętrzny.

Dziś pierwszy dzień futbolowych mistrzostw w Rosji. Jednocześnie 32. dzień głodówki Oleha Sencowa, ukraińskiego reżysera skazanego na 20 lat łagrów. Dlaczego Ukrainiec siedzi w rosyjskim łagrze? Ano sprawnie oddzielający przy aplauzie działaczy FIFA sport od polityki Putin w 2014 r. oddzielił Krym od Ukrainy, a mieszkającego w Symferopolu Sencowa uznał za obywatela Rosji. Na tym nie koniec uznania – zaraz po uznaniu Sencowa za swojego uznał go też za złego – podobno miał kontakty z grupą, która podobno chciała wysadzić podobno pomnik Lenina. Po wielomiesięcznym więzieniu połączonym z torturami dostał 20 lat.

Czy mieszam politykę ze sportem? Ja nie, ale FIFA jak najbardziej – wspierając faceta, który w łagrach trzyma swoich przeciwników politycznych, który wywołał kilka wojen, w tym trwającą wojnę z Ukrainą. Putin jest agresorem w przestrzeni rzeczywistej i wirtualnej (cyberataki), podtrzymuje najgorsze tradycje działania KGB i GRU (sprawa Skripala). Sportowa rodzina twierdzi, że nie ma z tym nic wspólnego.

Czyżby?

Przed olimpiadą w Soczi Putin „przesunął” granicę z Gruzją – jak tłumaczył, ze względu na bezpieczeństwo igrzysk. Nie muszę dodawać, w którą stronę i na czyją korzyść granica ta była przesunięta. Przed każdą imprezą – przed tymi mistrzostwami także – Rosja na skalę masową, w sposób nieludzki morduje bezdomne zwierzęta – na pewno działacze i gwiazdy futbolu z pokaźnym portfolio zdjęć z ukochanym yorkiem czy maltańczykiem na Instagramie nie mają z tym nic wspólnego?

Jestem kibicem, ale mam bardzo mieszane uczucia związane z zawodami w krajach, których obyczaje i prawa są dalekie od norm cywilizowanego świata. To działacze federacji sportowych, robiąc sobie selfie z ludźmi pokroju Putina, faktycznie mieszają sport z polityką i to po złej stronie mocy. Biorą na siebie – a pośrednio też na zawodników i na nas, kibiców – moralną współodpowiedzialność za więźniów politycznych, mordowane zwierzęta w Rosji, za ofiary (w tym kilkaset śmiertelnych) niewolniczej pracy w Katarze, gdzie odbędą się kolejne mistrzostwa.

Sport podszyty, nawet jeśli nie do końca szczerze, przesłaniem moralnym, trzymaniem się zasad – jest dla mnie atrakcyjniejszy od sportu przesiąkniętego polityką agresorów, satrapów i dyktatorów. To, że płacą oni za to słone rachunki, wcale „sportowej rodziny” nie usprawiedliwia. Wręcz przeciwnie.