Nie cieszy mnie ten wyrok

Lewica i duża część liberalnej opinii publicznej cieszy się z wyroku Sądu Najwyższego, w którym uznał on za zasadną skargę na drukarza z Łodzi, który odmówił druku plakatu organizacji LGTB, uzasadniając to sprzecznością treści plakatu z własnymi poglądami.

Nie jest żadną tajemnicą, gdzie są moje osobiste sympatie, na pewno nie po stronie homofobów, niemniej wyrok ten wcale mnie nie cieszy, wręcz niepokoi. Niepokoi mnie z dwóch zasadniczych powodów.

Pierwszy to zdanie z uzasadnienia – sąd uznał, że treść plakatu „nie była w żaden sposób sprzeczna z wiarą katolicką”. Wiara jest kwestią ściśle prywatną, żeby nie powiedzieć: intymną. Pojmowanie jej zasad również, mimo katechizmów, encyklik i innych dokumentów Kościołów. Mam duży problem z uznaniem legitymacji sądu państwowego do orzekania – co jest zgodne z wiarą, a co nie. Rozdział państwa i Kościołów powinien działać w obie strony – Kościół nie nakłada na państwo swoich normatywów, państwo nie orzeka, co jest zgodne z normatywami Kościoła. W Polsce ta zasada jest notorycznie naruszana (przez dominujący Kościół), ale to nie znaczy, że w ramach tego nienormalnego zespolenia państwa z jedną z organizacji wyznaniowych sądy mają snuć rozważania dotyczące doktryny wiary. Nie chciałbym, żeby jakiś sąd kiedyś orzekał, co wynika z mojego światopoglądu, i na tym tle określał, czyją książkę powinienem wydać, kiedy taki autor zechce, a ja odmówię.

Drugi powód to jakieś archaiczne, rodem z gospodarki centralnie sterowanej, pojęcie „dostępu do dóbr” i pomieszanie (a w zasadzie nieodróżnianie) prywatnego od publicznego.

Nie mam żadnych wątpliwości, że w życiu publicznym nie ma miejsca na żadną dyskryminację, żadne ustalanie sortów obywateli. Państwo, instytucje publiczne i te prywatne, które realizują zadania publiczne, z zasady nie powinny zauważać różnicy płci, wyznania, orientacji seksualnej, poglądów – żadnej, wobec nich i w dostępie do nich mamy być idealnie równi. I jeśli komuś to się nie zgadza z jego światopoglądem – to nie ma dla niego miejsca w administracji publicznej czy kontraktu z NFZ. Powinien zająć się czym innym.

Prywatna drukarnia takim miejscem jednak nie jest – jeżeli przedsiębiorca chce drukować jedynie materiały o piłce nożnej, nikt nie może go zmuszać do drukowania tych o hokeju. Nie jest to żadnym ograniczeniem dostępu do dóbr, bo idę do drukarni ulicę dalej i drukuję. W gospodarce rynkowej ilość dóbr, do których można ograniczyć dostęp, jest naprawdę niewielka, szkoda, że świadomość tego stanu rzeczy nie dotarła do Sądu Najwyższego.

Cała sprawa jest wywoływaniem niepotrzebnego konfliktu. Przedsiębiorca w ramach wolności działalności gospodarczej ma prawo przyjąć lub odmówić przyjęcia zlecenia, prawdę mówiąc nie uważam, żeby musiał swoje decyzje jakkolwiek uzasadniać. Dokąd działa poza pieniądzem publicznym i usługami publicznymi, a dla jego usług istnieje konkurencja – nikt, nawet Sąd Najwyższy, nie powinien orzekać, jakie zlecenia ma wykonać, a jakiego nie i na ile to jest zgodne z jego wiarą czy poglądami.

Znając polski wymiar sprawiedliwości, obawiam się, że wszyscy cieszący się z orzeczenia w sprawie łódzkiego drukarza już niebawem mogą mocno protestować przy jakimś orzeczeniu wydanym według tej samej logiki. Bo to działa w obie strony.