KRS w zastępstwie episkopatu

Krajowa Rada Sądownictwa negatywnie zaopiniowała pomysł instytucji związku partnerskiego. Z premedytacją piszę „pomysł”, bo z informacji, jakie mamy, nie wynika, żeby ten organ, złożony z prawników, sędziów, jakkolwiek odniósł się do konkretnego projektu ustawy przedłożonego przez Nowoczesną.

Przedstawiono nam rozważania o chrześcijaństwie, katastroficznych wizjach społeczeństwa Huxleya, wizji „kolejnych kroków” i twardo postawionej tezy, że idąc za preambułą konstytucji, „niepodzielający tej wiary” (w Boga) będą tolerowani, o ile zasady wyznaczone przez niektórych wyznawców tej wiary podzielać będą.

Podzielać mamy wszyscy przeświadczenie dużej części (choć nie wszystkich) katolików, że nie mogą istnieć inne sankcjonowane prawnie związki międzyludzkie niż małżeństwo kobiety i mężczyzny.

Pomijam, że używanie przez członków KRS przymiotnika „chrześcijański” na określenie własnych poglądów to nadużycie – chrześcijanie to 2,2 mld ludzi, katolików z tego jest ok. połowy, a fundamentalistów tylko jakaś dokładnie niepoliczona część, do której na pewno należy większość sędziów KRS. Fakt, że stanowią większość w KRS, nie zmienia postaci rzeczy – są w świecie chrześcijańskim mniejszością.

To, co jest skandaliczne w tej opinii, to fakt, że nikt nawet nie próbuje udawać, że ocena wynika z analizy prawnej czy podstaw konstytucyjnych – dostaliśmy komunikat wprost: z doktryny religijnej, naszej, członków KRS, wynika, że nie wolno. I tyle.

Tak, do jakiegoś stopnia, może zachowywać się Sejm – posłowie mają prawo oceniać i głosować według własnych poglądów, choć powinni na to nałożyć poczucie interesu wspólnego. Tak może zachować się episkopat – oni walczą tylko o katolickie, nie mają obowiązku walki o polskie.

KRS powinna zająć się warstwą prawną, tego oczekujemy od zgromadzenia sędziów, zamiast tego wydała opinię abstrahującą od systemu prawnego, nadgorliwie zastępując politycznych i religijnych przeciwników pomysłu związków partnerskich.