Cnotę stracił, rubla nie zarobił

Obóz PiS w piątym roku samodzielnych rządów po raz pierwszy znalazł się w pułapce. Wyjście z niej wymagałoby naprawdę dużych umiejętności politycznych i medialnych. Z jednej strony PiS miał swój interes: dofinansowanie machiny będącej jednym z filarów utrzymania władzy i popularności, z drugiej – wymagało to bardzo niepopularnej decyzji. Rozstrzygnięcia sprytnie wytworzonego przez opozycję dylematu – onkologia czy propaganda – na korzyść tej drugiej.

Na wielką skalę do wiadomości publicznej sprawa przedarła się przez posłankę Lichocką i jej sejmowy (choć wysoce nieparlamentarny) gest, który na wiele lat, a może na zawsze przylgnie do jej nazwiska. O ile do czasu spektakularnego wybuchu radości Lichockiej PiS mógł liczyć, że zasilenie aparatu propagandy będzie kolejną krótką burzą, która w sumie „przejdzie bokiem”, o tyle po nim rządzący znaleźli się w oku cyklonu społecznej emocji.

Prezydent rozpoczął więc hamletyzowanie i spotkania konsultacyjne, co miało świadczyć o „głębokiej rozwadze”, z jaką traktuje sprawę. Ale sam skład zaproszonych do Pałacu gości – przedstawicieli KRRiTV, RMN i ośrodków regionalnych mediów publicznych – świadczył raczej o szukaniu wsparcia i argumentów za podpisaniem ustawy niż rozważaniu choć przez moment jej zawetowania.

Konsultacje miały także opóźnić decyzję, Może w nadziei, że jak w wielu przypadkach w historii tych rządów nowe problemy przesłonią stare i temperatura sporu spadnie. Mamy przecież koronawirusa, sprawa onkologii może stać się drugorzędna, przynajmniej tu i teraz.

Część komentatorów sugeruje, że między Pałacem Prezydenckim a Nowogrodzką był jakiś spór i toczy się jakaś gra polityczna. Głęboko w to wątpię. Andrzej Duda przez pięć lat przekonał nas, że własne zdanie i spór (szczególnie z Kaczyńskim) nie leży w jego naturze. Mieliśmy gwałtowną burzę mózgów, trwało szukanie sposobu przekazania 2 mld zł na media rządowe bez konieczności ponoszenia dużych strat wizerunkowych dla kandydata PiS. Na pewno pierwszym pomysłem było: „zróbmy to jakoś po cichu”, ale po występie Lichockiej się nie dało.

Superdotacja dla mediów narodowych stała się faktem. Duda ustawę podpisał, choć skorzystał z patentu wicepremiera Gowina i bardzo, ale to bardzo się nie cieszył…

Zobaczyliśmy zatem smutnego prezydenta, zatroskanego o los ośrodków regionalnych TV i radia, o folklor tam prezentowany, o tysiące rodzin pracowników zagrożonych bezrobociem. Dodał, że za te pieniądze media pouczą nas o profilaktyce antyrakowej i samodzielnych badaniach, autodiagnozowaniu (sic!). Zobaczyliśmy Krzysztofa Czabańskiego deklarującego odwołanie Jacka Kurskiego i premiera Morawieckiego, zapewniającego, że rząd radzi sobie z walką z rakiem bez tych 2 mld i spokojnie można je przekazać na propagandę.

Podpis pod dotacją medialną z pewnością osłabia pozycję kandydata Dudy, jakkolwiek lekceważonego (czasem ostentacyjnie) przez własny obóz, to wszyscy liderzy Zjednoczonej Prawicy doskonale wiedzą, że bez niego jako dysponenta pióra do podpisywania ustaw rządy PiS staną się dużo trudniejsze. Rządy w dzisiejszym stylu, z gwałceniem prawa i konstytucji, będą wręcz niemożliwe. Ale takie rządy bez propagandowego ramienia partii w postaci publicznych mediów także są trudne do wyobrażenia.

Telewizja dostała środki na kontynuowanie propagandowego wsparcia partii, wyborcy PiS dostali obietnicę premiera, że z onkologią będzie dobrze, prezydent poudawał przez pół godziny polityka z „sukcesem”, jakim ma być odwołanie Jacka Kurskiego z funkcji prezesa TVP. Tak jakby usadowienie innego pisowskiego prezesa na Woronicza cokolwiek zmieniało.

Czy ta operacja odniesie zamierzony skutek? Wątpię. Nawet część wyborców PiS poczuła, że jest oszukiwana. Cokolwiek zmęczeni i jąkający się politycy na wieczornej konferencji opowiadali, zostaliśmy z przekazem, że decyzją urzędującego prezydenta 2 mld zł idą na cel partyjny, jakim jest propaganda, a nie społecznym, jakim jest walka z rakiem. Cnotę stracił, rubla nie zarobił.