Epidemia w cieniu kampanii wyborczej

Epidemie jak każdy kryzys przychodzą nagle. W takich momentach dobrze mieć profesjonalną władzę, w miarę sprawne struktury administracyjne i to, co w XXI w. bardzo ważne – sprawny aparat informacyjny docierający najszerzej, jak tylko się da, do obywateli.

W obliczu kryzysu, jaki mamy dziś, emocje polityczne i kampania siłą rzeczy powinny zejść na dalszy plan, co nie oznacza, że w imię solidarności w walce z epidemią nie powinniśmy patrzeć na ręce rządzącym. Wręcz przeciwnie – powinniśmy patrzeć jeszcze bardziej i jeszcze surowiej niż zwykle.

Ostatnie miesiące, bierność rządu od stycznia, chaotyczność komunikatów i działań nie nastrajają optymistycznie.

Jeśli ktoś sądził, że koronawirus zmieni jakkolwiek podejście rządzących do informowania Polaków – to mógł szybko porzucić złudzenia. Zasilone 2 mld zł rocznie media rządowe spokojnie kontynuują linię epatowania opiniami i stronienia od podawania informacji. Tematami ostatnich dni jest hejt na opozycję, marszałka Grodzkiego, atak na „bezczynność UE w obliczu zagrożenia”. Informacji o tym, że Polska z przyczyn bliżej nieznanych nie przystąpiła do europejskiego zakupu kombinezonów, masek itp., w TVP nie zobaczycie. Nie zobaczycie też i nie usłyszycie o środkach (27 mld) przekazanych z budżetu UE na walkę ze skutkami epidemii. TVP za rosyjskimi mediami pyta: gdzie jest UE? Gra jak co dzień. Wszystko się nadaje, żeby podkręcać nastroje antyunijne i bić w opozycję.

Odpowiedzią na epidemię są konferencje ministra Szumowskiego i poklask prawicowych publicystów czyniących z niego bohatera walki z kryzysem. Ministra, który jest odpowiedzialny za to, że lekarze i ratownicy medyczni pracują bez podstawowych środków zabezpieczających. Sygnały płynące z wielu szpitali na antenę mediów rządowych nie dotrą, za to dostajemy dzień po dniu sprzeczne komunikaty – minister zdrowia 5 marca nie spodziewał się gwałtownego wzrostu liczby chorych, 12 marca już się takiego wzrostu spodziewał.

Czy przez ten tydzień wiedza na temat epidemii jakoś się zmieniła? Epidemia zaczęła się w styczniu, od lutego wiadomo, jak przebiega w innych krajach. Zmieniła się tylko liczba zakażonych w Polsce, więc utrzymywanie tezy o panowaniu nad sytuacją i braku zagrożenia nie było możliwe.

Kiedy Małgorzata Kidawa-Błońska apelowała o szerokie badania Polaków, rządowe media uczyniły z niej tarczę strzelniczą, wytykając brak kompetencji. Dziś już słyszymy o testach przesiewowych na dużą skalę. Kiedy opozycja apelowała o zamknięcie granic, minister Dworczyk uznał to za przedwczesne, dwa dni później rząd zamknął granice.

Dlaczego przytaczam te przykłady? Nie po to, by udowadniać, że opozycja jest taka mądra, tylko żeby pokazać sposób działania rządu. Nie przyjmą sensownego postulatu. Logika partyjna nakazuje skrytykować propozycję, odczekać i wprowadzić jako własną, tracąc czas i opóźniając działania mające nas chronić. Przyznanie racji kandydatce opozycji i działanie na rzecz dobra wspólnego przekracza horyzonty umysłowe partyjnych macherów.

W obliczu pandemii rząd PiS działa jak zwykle, interes partyjny przedkładając nad publiczny. TVP pokazuje prezydenta i kandydata na prezydenta PiS, jak w harcerskim mundurku zwiedza Polskę, opowiada bzdury świadczące o tym, że nie orientuje się w sytuacji, ale okazuje troskę – robi kampanię.

Nie mam najmniejszych złudzeń, że o wprowadzeniu stanu wyjątkowego (co da podstawę do przełożenia wyborów prezydenckich) nie zdecyduje sytuacja w kraju, tylko sondaże Andrzeja Dudy. A wycieczki w harcerskim mundurku mają te sondaże poprawić.

Włączyły się też wszystkie znane mechanizmy potęgowania strachu – im większy, im bardziej absurdalny, tym łatwiej nim zarządzać. Niezawodny Antoni Macierewicz już kolportuje rosyjskie pytania o „chińską broń biologiczną”.

Rząd stracił dwa miesiące, które miał na przygotowanie nas do zagrożenia. Te miesiące przeznaczył na aktywność medialną, zapewnianie, że „nasza wieś spokojna”. Kiedy mamy już epidemię, działa chaotycznie, bez planu i koordynacji – zapewniając o kontroli zjawiska, którego nie jest w stanie nawet monitorować.

Na szczęście w odróżnieniu od rządu Polacy wykazują się dyscypliną i samoorganizacją – pielęgniarki szyją maseczki, restauracje proponują wyżywienie dla personelu szpitali, w mediach społecznościowych powstają grupy samopomocy lokalnej, dzielnicowej. I jeśli nam się uda przejść przez epidemię w miarę dobrze, to dzięki samoorganizacji, a nie rządowi.