Gdzie będzie Polska po kryzysie?

Pandemia i towarzyszący jej kryzys staje się katalizatorem przyspieszenia procesów, które w normalnych warunkach trwałyby lata czy dziesięciolecia, część z nich być może w innych warunkach nie doszłaby do skutku.

Nawet na peryferiach takich jak Polska niebywale przyspieszyła konsumpcja praktycznych rozwiązań cyfrowych – dotychczasowi użytkownicy maila i mediów społecznościowych odkrywają e-commerce z całą jej ofertą zakupów i cyfrowych substytutów istniejących dotąd jedynie w fizycznej formie produktów. Taki proces przemodelowania gospodarki to także mocne ekonomiczne „sprawdzam” dla istniejących firm. Wygrywają ci, którzy już wcześniej inwestowali innowacyjnie, którzy mają środki i pomysły na szybkie dostosowanie się do nowych czasów.

Ci, którzy mają duże zasoby zapasowe, mogą czekać na lepsze czasy i powrót status quo ante.

Czy jednak powrót starych czasów nastąpi? Wątpię. Historia kataklizmów – wojennych, ekonomicznych, społecznych – to walka ludzi o przywrócenie „normalności”, rozumianej jako stanu sprzed katastrofy. Walka zawsze skazana na klęskę. Z katastrofy wychodzi się do nowej rzeczywistości znacząco innej niż ta, która padła ofiarą kryzysu.

Tyle historia, która nie zna przypadku powrotu do „starych dobrych czasów”. Teraźniejszość zajmuje z przyczyn oczywistych nas wszystkich, ale jest w kategoriach procesu, jaki obserwujemy, mało interesująca. Interesująca jest przyszłość.

Przyszłość, w której będziemy mieli jakiś nowy ład. Ład, który kształtuje się już teraz, na co nie zwracamy szczególnej uwagi zajęci brakami maseczek i testów, niewydolną służbą zdrowia i chaotycznymi działaniami dyletantów z rządu. A miejsce Polski w nowym pokryzysowym ładzie w przemożnej mierze zależy od dzisiejszych działań i umiejętności przewidywania.

Niewątpliwie zmienia się układ sił na świecie. Tracą USA (w dużej mierze za sprawą działań własnego prezydenta), traci Rosja, którą niskie ceny ropy spychają na skraj niewydolności finansowej. Traci UE, wyjątkowo w dobie kryzysu podatna na nienowe przecież, ale nabierające niebywałego przyspieszenia procesy dezintegracyjne. Włochy, Węgry, Polska – antyunijnego przekazu TVP i polityków rządzących nie da się już odróżnić od przekazów Sputnika.

Paradoksalnie przy nakręcaniu tej propagandy Rosja i jej przez lata budowany aparat wpływu przestaje działać we własnym interesie – zaczyna odgrywać rolę „użytecznego idioty” państwa, które od dawna buduje podstawy do rozszerzania swoich wpływów w świecie. Tym państwem jest Chińska Republika Ludowa.

Chińczycy przeszli w XX w. długą drogę. Od nieuznawanego komunistycznego reżimu po najważniejszego partnera handlowego wielu państw na świecie, dominującego czy wręcz monopolizującego produkcję w wielu sektorach. Żeby nie pisać tylko o elektronice, gdzie prymat chińskich produkcji jest powszechnie znany, wspomnijmy choćby kryzysy wywołane brakiem leków, których w wyniku błędu w chińskiej wytwórni jakiegoś ich składnika nikt na świecie nie mógł  produkować. Skala uzależnienia gospodarczego świata od Chin rośnie od lat.

Wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Margrethe Vestager w wywiadzie dla „Financial Times” ostrzega przed przejmowaniem europejskich firm przez chiński kapitał, proponuje interwencje państwowe i wykupywanie udziałów w zagrożonych przejęciem firmach. Zagrożenie jest realne, europejskie firmy borykają się z kryzysem, ich kondycja finansowa pogarsza się z dnia na dzień, akcje tanieją. Chiny są na to gotowe.

Państwo Środka posiada szóste co do wielkości rezerwy złota i największe na świecie rezerwy walutowe wartości 3,11 bln dol. (dla porównania – druga w tej konkurencji Japonia ma 1,3 bln). Częścią chińskich rezerw zarządzają państwowe fundusze majątkowe (Sovereign Wealth Funds), a Pekin wcale nie ukrywa, że ich sterowane przez reżim inwestycje są podporządkowane w pełni interesom polityki, w tym zagranicznej.

Chińczycy nie zaniedbują soft power – sprawę działalności Instytutów Konfucjusza opisaliśmy obszernie z Tomaszem Piątkiem w książce „Duda i jego tajemnice”. Instytuty odgrywają wiele ról – propagandową, lobbystyczną, ale także wywiadowczą, stąd w wielu krajach ich działalność albo jest ograniczana, albo wręcz są likwidowane.

W Polsce rozwijają się imponująco. Jednym ze skutków ich działalności jest uwikłanie obecnego prezydenta i jego otoczenia w chińskie struktury wpływu, przedstawiane nam dziś przez rządowe media jako „przyjaźń Dudy z Xi Jingpingiem” (chińskim dyktatorem), dzięki której przyleciał do Polski uroczyście witany przez premiera wielki samolot z zakupami maseczek i innego sprzętu.

Zagrożenie, które sygnalizuje Margrethe Vestager, jest realne. To nie jest problem tylko ekonomiczny, to czysta polityka. Chiny jako dostawca półproduktów i podwykonawca to jeszcze partner do negocjacji. Chiny wykupujące producentów finalnych, skupiające w swoim ręku cały łańcuch produkcji, dystrybucji i sprzedaży, rozmawiać nie będą miały powodu. Co najwyżej ogłoszą oficjalnie dany obszar swoją strefą wpływów.

Wyobrażając sobie ład pokryzysowy, nie wątpię, że pozycja Chin będzie silna jak nigdy dotąd. Przyćmi z pewnością osłabioną Rosję, stanie się w pełni światową przeciwwagą dla USA. Nie mam też wątpliwości co do trzonu UE – Niemcy czy Francja oprą się chińskiej dominacji, choć może wiązać się to ze znaczącym osłabieniem wspólnoty europejskiej, skupią się bowiem na obronie własnych interesów, pozostawiając słabe ogniwa Unii sobie samym.

W wypadku państw peryferyjnych, takich jak nasz kraj, ciężko być optymistą. Samodzielnie nie oprzemy się chińskiej ofensywie gospodarczej, za którą pójdzie dominacja polityczna. Obecny rząd robi wszystko, by oddalić nas od UE, a jedynie dołączenie do wspólnych wysiłków dałoby nam możliwość pozostania w tej strefie politycznej i gospodarczej. Obecny prezydent i jego otoczenie już jawnie sympatyzuje z chińskim reżimem. Nikt Polaków nie zapyta nawet, czy chcemy być we wspólnocie europejskiej, czy chińską awangardą na naszym kontynencie. Po prostu możemy się obudzić po chińskiej stronie nowego ładu.