Konstytucja i Targowica

Przełom maja i kwietnia to szczególny czas w naszej historii. Skumulowanie rocznic, które zamykają byt państwa polskiego, które w zmiennych kolejach losu trwało w sposób ciągły co najmniej od X w., by pod koniec XVIII rozpłynąć się w niebycie, tracąc w swoim rozwoju ponad 100 lat, i to stulecie niebywale ważne – czasu, gdy cywilizacja, do której aspirujemy (aspirowaliśmy?), tworzyła nowoczesne formy, kiedy powstawały idee, które dominują do dziś, kiedy zmieniała się struktura społeczna, upadał stary porządek, tworzył się nowy.

Polaków podzielonych na trzy sposoby wchodzenia w nowoczesność – modernizacyjny pruski, antymodernizacyjny rosyjski i trudny do określenia austro-węgierski – łączyła emocja wspomnienia idealizowanej coraz bardziej I RP, czego wynikiem są trwające do dziś bóle fantomowe po utraconej niegdyś wielkości.

Polacy nie mieli okazji (poza krótkim okresem dwudziestolecia międzywojennego) zmierzyć się z zadaniem budowy własnego modelu nowoczesnego państwa. Wybuch II wojny światowej obnażył wszystkie słabości Polski sanacyjnej, po wojnie PRL szedł ścieżką obok drogi ZSRR. Dopiero przełom 1989 r. dał ponowną możliwość budowy państwa na własne potrzeby.

Początkowo wydawało się, że jesteśmy do tego lepiej przygotowani niż kiedykolwiek – z doktryną Giedroycia, której powszechna akceptacja w elitach politycznych uchroniła nas od scenariusza bałkańskiego ustalania granic z sąsiadami. Z kursem na demokrację liberalną, gospodarkę rynkową, wchodzenie w struktury cywilizacji zachodniej (UE i NATO). W swojej masie bogaciliśmy się – i materialnie, i obywatelsko – zyskując nowe prawa, samorząd lokalny, swobodę życia w zachodniej wspólnocie cywilizacyjnej. Piszę tu o Polakach jako całości – wiem, że na transformacji nie wszyscy zyskali, niektórzy czuli się (słusznie bądź nie – to inny problem) pokrzywdzeni. Ale przemożna większość zyskała. Dlaczego zatem od kilku lat konsekwentnie z tych zdobyczy rezygnujemy?

Może odpowiedzi należy szukać w historii?

Z dwóch istotnych dat – 3 maja 1791 (uchwalenia konstytucji) i 27 kwietnia 1792 (zawiązania w Petersburgu Konfederacji Targowickiej) – ważniejsza dla rozumienia historii upadku Polski jest ta druga. Dlaczego? To oczywiste – targowiczanie byli skuteczniejsi, to oni odwołali się do istotnych emocji ówczesnego suwerena i z pełnym jego poparciem zdemontowali Polskę pod hasłami patriotyzmu, obrony wolności, tradycji i wiary katolickiej, wartości zagrożonych ponoć konstytucją. Brzmi znajomo i współcześnie? Nie tylko to.

Ówczesny suweren – czyli „naród szlachecki” – był, oględnie mówiąc, nie najlepiej wykształcony. Wykształcony w modelu kolegiów jezuickich, gdzie nauczano łaciny, formowano fanatycznych wyznawców religii katolickiej, a kurs historii kończył się na czasach starożytnego Rzymu. Obywatel, który decydował o losach Rzeczypospolitej na sejmikach i sejmach, nie miał podstawowej wiedzy o geografii, fizyce, chemii, matematyce, polityce i ówczesnym świecie.

Zakon jezuitów został zlikwidowany przez papieża w 1773 r., ale zmiany sposobu nauczania proponowane przez Komisję Edukacji Narodowej natrafiały na opór, ówczesna reforma szkolnictwa dość szybko zmieniła strukturę szkół, zmiany w programach nauczania były blokowane przez Sejm, przez samych nauczycieli (często rekrutujących się z duchowieństwa) i w dużej mierze nie weszły nigdy w życie. Czy nie czujesz w tym, Drogi Czytelniku, kolejnego podobieństwa?

Czytałem lata temu fragmenty pamiętników targowiczan – szeregowych, nie przywódców. To nie byli agenci opłacani przez obce mocarstwa, takimi byli przywódcy, ci, którzy swoim masowym poparciem stanowili o sile konfederacji, byli przekonani, że ratują Polskę przed złem, zachodnim zepsuciem, że bronią wolności, wiary i narodu. W ich pojmowaniu rzeczywistości (ograniczało się najczęściej do powiatu, może województwa, gdyby używali globusa, to raczej tego z „Ucha prezesa” z samą Polską na kuli ziemskiej) ten zewnętrzny, nieznany świat niósł tylko zagrożenia. Otwarcie się na nowoczesność i tolerancja to fanaberie zepsutych paniczyków. I to ci ludzie pod hasłem obrony wolności przeprowadzali przez lata destrukcję państwa, zakończoną jego likwidacją.

Śmiejemy się często z wpadek dzisiejszych polityków, kiedy obnażają swoją niewiedzę – a to powołują się na nieistniejące przykłady ze świata, a to okazują swoją nieznajomość konstytucji czy uchwalanych przez siebie ustaw. Czy słusznie? Zastanawiam się, jak bardzo na salonach modernizatorów z XVIII w. obśmiewano powszechnie znaną ociężałość umysłową Stanisława Szczęsnego Potockiego, jak kpiono z patriotycznych tyrad destruktorów państwa. Historia upadku I RP uczy, że nie ma z czego się śmiać.

Targowiczanie mieli za sobą suwerena, a przeciw sobie rozdyskutowaną i niespójną wewnętrznie grupę modernizatorów, którzy nie potrafili znaleźć sposobu dotarcia do sumień i rozumów Polaków. Samospętani – układami rodzinno-gospodarczymi, unikaniem jak ognia ostrych słów i działań, brakiem konsekwencji – nie potrafili wytłumaczyć, że państwo jest wartością, dobrem wspólnym, a każdy, kto je niszczy, jest godny potępienia, bez względu na najszczytniejsze nawet pobudki, jakimi uzasadnia swój proceder. I czy to nam, Drogi Czytelniku, znowu czegoś nie przypomina?