Odpowiednie rzeczy dać słowo

Pisałem tu kiedyś o inflacji wartości wielkich słów – nadużywanych przez nazywanie rzeczy nieważnych czy błahych określeniami z największym ładunkiem emocji.

Dziś od zjawisku odwrotnym – pomniejszaniu opisywanych zjawisk.

Czytam relacje – także niepisowskich mediów – ze skandalu określanego bezpodstawnie wyborami prezydenckimi 2020. „Bałagan w państwie”, „wyborczy galimatias”, „omijanie prawa” – to te ostrzejsze. „Kaczyński ustąpił”, „krok w dobrą stronę” – to te „wyważone”. Czytając to, dochodzę do wniosku, że albo zupełnie nie rozumiemy tego, co się wokół nas dzieje, albo straciliśmy umiejętność posługiwania się ojczystym językiem.

Galimatias to jest wtedy, kiedy mocno przesolę krupnik, a nie wtedy, kiedy ktoś (nie wiadomo kto, bo w obozie rządzącym trwa spychanie odpowiedzialności) bez podstawy prawnej wydaje miliony na druk nikomu niepotrzebnych kart wyborczych. Takie postępowanie to przestępstwo, nie galimatias.

Bałagan to jest, kiedy nie pozmywam naczyń, a nie kiedy w czwartek partia rządząca ustala zasady wyborów, które mają teoretycznie odbyć się w niedzielę. To nie jest bałagan – to jest łamanie konstytucji, kodeksu wyborczego. To jest działalność antypaństwowa.

Omijanie prawa jest wtedy, kiedy zwalniam przed fotoradarem, żeby zaraz potem wcisnąć „gaz do dechy”, a nie sytuacja, w której szef partii rządzącej obwieszcza, jakie będą przyszłe orzeczenia Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego i decyzje Państwowej Komisji Wyborczej. To jest świadectwo zakończonego epizodu Polski z trójpodziałem władzy i przejście do systemu autokratycznego z monopartią.

Kaczyński ustąpił – to myślenie akceptujące rozkład państwa. Kaczyński ustąpiłby, gdyby przywrócił obowiązywanie polskiego prawa i konstytucji, a termin wyborów byłby zmieniony na bazie istniejących przepisów (np. stan klęski żywiołowej), a nie zapowiedzią – podkreślam: prezesa partii rządzącej – że Sąd Najwyższy je unieważni (nie wiadomo, na bazie jakich przepisów, bo chyba nie chodzi o non consumatum z prawa kanonicznego?) i odstąpieniem państwa od ich organizacji w wyznaczonym dniu.

Krok w dobrą stronę – czyli w którą? Jasne, to, że wybory nie odbywają się 10 maja, to w czasie epidemii dobra wiadomość, ale jakie i kiedy się odbędą – nie mamy pojęcia. A państwowo jesteśmy cały czas na tej samej ścieżce i kursie – odrzucenia prawa jako czegoś, co obowiązuje, i zastąpienie całego systemu prawnego decyzjami szefa partii rządzącej, do których post factum dostosuje się na jego polecenie wyroki sądów, trybunału, działania urzędów.

Demokracja oparta na prawie i trójpodziale władzy ma w sobie dozę nieprzewidywalności. Sądy nie potrafią przewidzieć decyzji partyjnych, a prezesi partii nie potrafią przewidzieć orzeczeń sądów. Komisje nie potrafią przewidzieć wyników wyborów, a partie nie potrafią przewidzieć decyzji komisji. Są też w demokracji sprawy przewidywalne i oczywiste – rządy nie podejmują działań na bazie domniemań, czekają na prawo, które im działania umożliwi. Przewidywalne i oczywiste są też terminy i zasady wyborów władz.

My w Polsce tych nieprzewidywalności i przewidywalności już nie mamy. Przeniesienie takim czy innym fortelem wyborów nie rozwiązuje w żaden sposób elementarnych wad wpisanych decyzjami PiS w ich organizację – braku równości, bezpośredniości i najprawdopodobniej tajności. Galimatias? Bałagan?

To, co funduje nam wysłannik partii do Sądu Najwyższego Zaradkiewicz, to nie jest (jak czytam) zamieszanie z wyborem kandydatur na prezesa SN. Nie, to kończenie demontażu państwa demokratycznego, powtórka z likwidacji niezależności i znaczenia Trybunału Konstytucyjnego.

By za Norwidem „odpowiednie rzeczy dać słowo” – to, co dziś widzimy, to nie jest zamieszanie. Na naszych oczach Polska zmienia system polityczny i strefę cywilizacyjną. Kończy epizod demokracji liberalnej opartej na konstytucji i prawie, na wolnych, równych i bezpośrednich wyborach. To, co pięć lat temu mogło brzmieć histerycznie i na wyrost – dziś stało się faktem. „Małe słowa” na opisywanie katastrofy nie zmienią jej faktycznego rozmiaru.