Dlaczego nie „trzasnęło” i co dalej?

Wybory za nami. Wybory wielkich nadziei i rozczarowania dla połowy Polaków, podczas gdy druga połowa świętuje sukces „obrony Polski”.

Jakie były te wybory? Na pewno nie były uczciwe. Pojęcie uczciwości w ostatnich latach – czasie „kryształowego Mariana” czy „nieskazitelnego Łukasza ewangelisty Szumowskiego” – uległo dużej relatywizacji, ale nawet przy najbardziej obniżonym progu o uczciwości wyborów mówić nie można.

Z jednej strony był zaprzęgnięty w pracę na rzecz kandydata partii cały aparat państwa, premier i ministrowie zwolnieni na wiele tygodni z obowiązków rządowych, by mogli podróżować po Polsce i rozdawać czeki, spółki skarbu państwa finansujące przeróżne inicjatywy wspierające kampanię, o mediach zarówno rządowych, jak i prywatnych, finansowanych z naszych podatków, nie wspomnę. Z drugiej strony dobry kandydat i niezła kampania (najlepsza od lat), która mogłaby dać zwycięstwo w uczciwych wyborach.

Wybory jednak uczciwe nie były. Czy były fałszowane? Nie wiem, kiedy piszę ten tekst, nie mamy jeszcze całościowych wyników, ale mamy przecież wiedzę o ewidentnym sabotowaniu głosowania w obwodach zagranicznych (tam, gdzie spodziewano się przewagi Trzaskowskiego), wiemy, że cisza wyborcza skończyła się na długo przed zakończeniem głosowania komunikatem o zwycięstwie Dudy, a liczba sygnałów o kartach bez pieczęci komisji, podobnie jak w pierwszej turze, jest zastanawiająco duża.

Opisane wyżej fakty tłumaczą do jakiegoś stopnia przegraną Trzaskowskiego, jednak jej nie usprawiedliwiają. Bo nieuczciwość wyborów to nic nowego – czy poprzednie, jesienne wybory parlamentarne były inne? Nie. Czy były przesłanki, by podejrzewać, że obecne prezydenckie będą inne? Także nie.

Kandydaci opozycji, decydując się (moim zdaniem słusznie) na udział w tej nierównej grze, powinni przygotować się do niej z pełną świadomością, że nie są to normalne, demokratyczne wybory.

Przede wszystkim posłuchać Jarosława Kaczyńskiego, który mówi wyraźnie – to jest starcie cywilizacji, a nie wybory polityczne. Ma rację. Widzą to wszyscy dookoła: w Moskwie, Paryżu, Berlinie, Pekinie, nieprzypadkowo Nigel Farage entuzjastycznie zareagował na wieści z Polski: „Good to see a Eurosceptic win in Poland” – dobrze widzieć zwycięstwo eurosceptyków w Polsce, napisał autor brexitu w poniedziałkowy poranek na Twitterze.

Wojny cywilizacyjne altprawicy są podobne i powtarzalne, bez względu na kraj, w którym aktualnie się toczą. Polegają na wykreowaniu w świadomości obywateli problemów, które nie muszą mieć oparcia w faktach, rzeczywistości, mają za to silne oparcie w lękach i kompleksach docelowych grup społecznych. Tak powstał „meksykański mur” Trumpa, „odzyskanie kontroli” wspomnianego Farage’a, polskimi odpowiednikami są uchodźcy, LGBT czy „ideologia gender”, podlane tradycyjnym antysemityzmem. Stąd w propagandzie PiS Trzaskowski miał oddawać 500 plus Żydom, dzieci homoseksualistom, a jego wypowiedzi z 2014 r. na temat przyjęcia kilku tysięcy uchodźców okraszone odpowiednim komentarzem były emitowane od rana do nocy przez ostatnie dni kampanii w TVP. W kategoriach racjonalnych – absurdalne, ale w kategoriach emocjonalnych – strzał w dziesiątkę, bo świetnie zakorzenione w kompleksach pisowskiej części Polski.

Na plus tej kampanii należy zapisać, że po raz pierwszy PO i jej kandydat nie dali się wciągnąć w prosty, liniowy spór na tych obszarach, na minus – że nie wnosili własnych pól dyskusji, tematów realnych, także celujących w emocje Polaków.

Możemy się zżymać i ubolewać, ale emocji nie budzą korupcja, nadużycia władzy czy proste złodziejstwo dzisiejszych „nowych elit”. Lata przekonywania, że „wszyscy kradną, ciężka praca tzw. symetrystów, przekonujących, że prawda zawsze leży pośrodku, a nie tam, gdzie jest faktycznie, dały efekt w postaci stępienia czy wręcz utraty społecznej wrażliwości w tym obszarze. Skoro (w skali społecznej) nie porusza nas okradanie PCK, to co nas może poruszyć? Eksploatowanie wątków „korupcyjno-złodziejskich” nie daje żadnego efektu od lat. Podobnie jak sposobu funkcjonowania Kaczyńskiego i jego otoczenia – wszystko wiemy, przyzwyczailiśmy się. Zero emocji.

Kolejne wybory nie będą łatwiejsze. Każde od 2015 r. przesuwają granicę nieuczciwości. Opozycja nie może traktować wyborów akcyjnie, naprędce szukając koalicji, kandydatów, pomysłów. Pisowska demokratura będzie zacieśniać pętlę – otwarcie zapowiadają zrobienie „porządku w mediach”, co zwiększy już znaczącą przewagę rządu w sferze publikatorów. I nie chodzi tu nawet o ich likwidację, „repolonizację” czy otwartą zmianę frontu – często wystarczy zmiana profilu działalności, więcej o kwiatkach, lakierach do paznokci i nowych samochodach, mniej publicystyki i zero informacji – monopol na informację to kolejny cel w pisowskiej grze.

Kroczące przeniesienie ciężaru organizacji wyborów z formalnie przynajmniej niezależnych komisji wyborczych do administracji rządowej (czy powierzenie ich poczcie – mało brakowało, żeby teraz już tak było) zwiększy prawdopodobieństwo fałszerstw na szeroką skalę. Zorganizowanie sieci mężów zaufania i obserwatorów, uzbrojonych w dobrą znajomość prawa wyborczego, połączonych koordynacją i siecią wymiany informacji, zmieniłoby w mojej ocenie wczorajsze wybory, w przyszłych może mieć kluczowe znaczenie.

Dobry, bardzo dobry wynik Rafała Trzaskowskiego i korzystna przyszłościowo struktura demograficzna wyborców nie powinna uspokajać. W warunkach wyborów z założenia nieuczciwych, być może fałszowanych, większe znaczenie ma organizacja i przygotowanie na nieuchronne zagrożenia.