Święto łydkowych patriotów

Od lat w dniach takich jak 1 sierpnia uciekam od mediów, internetu, wszelkich przekazów związanych ze „świętowaniem” rocznicy. To trudne i nie zawsze skuteczne, Polska „huczy” obchodami, przed którymi ciężko się ukryć. Dlaczego?

Jestem patriotą i to, co się dzieje tu i teraz, to, co się działo w przeszłości, i to co niesie nam przyszłość – budzi we mnie emocje. Od lat coraz gorsze emocje.

Nie mogę patrzeć na sędziwych bohaterów powstania traktowanych instrumentalnie przez polityków. Boli mnie, kiedy widzę, że ci, którzy w godzinie próby wykazali się ofiarą największą, służą za rekwizyt w show polityków i wspierających ich kolesi odpalających race, machających wytatuowanymi na łydkach symbolami Polski Walczącej.

Boli mnie, kiedy ktoś ma czelność porównywać swój „patriotyzm”, polegający na skandowaniu ksenofobicznych czy homofobicznych haseł pod ochroną państwa i jego aparatu policyjnego, do czynu powstańczego. Kiedy premier w swoim specyficznym stylu porównuje „Solidarność Walczącą” do AK.

Jeśli dzisiejszy rządzący chcą szukać swoich powiązań i spuścizny, to niech szukają w ówczesnym dowództwie i sztabie, wśród ludzi odpowiedzialnych za decyzję o wywołaniu powstania, które nie miało szans na sukces i doprowadziło nie tylko do klęski militarnej, ale też do rzezi Woli, śmierci, głodu i cierpienia setek tysięcy warszawiaków. Tak, można się doszukać co najmniej mentalnych związków z tymi, o których gen. Anders mówił, że za wywołanie powstania powinni stanąć przed sądem polowym. Wysoce niemoralne jest dziś używanie do własnych, bieżących celów sędziwych powstańców – ofiar zbrodniczych decyzji (to znowu cytat z Andersa) dowódców AK.

Wyprowadza mnie z równowagi szopka rocznicowa, niepozwalająca na prawdę, rzetelną ocenę i wnioski z tamtej klęski.

Nie umiem patrzeć spokojnie na policję, która usłużna wobec „łydkowych patriotów” usuwa im z drogi każdy przejaw innego niż ultranacjonalistyczny sposobu demonstrowania swoich emocji i poglądów w tym dniu.

„Łydkowy patriota” to gatunek pod szczególną ochroną dzisiejszych władz. Zawsze do użycia tam, gdzie władza chce wywołać dodatkowe emocje – chętni do walki z wyimaginowanymi wrogami: uchodźcami, LGBT, „totalną opozycją”. Gatunek, który uważa wytatuowanie na sobie symboli, chodzenie w koszulkach z orłami i husarskim skrzydłami za nieprawdopodobny wyczyn upodabniający ich do prawdziwych bohaterów naszej historii. Najbardziej „bohaterscy” są ci wytatuowani, najlepiej na łydce. Wprawdzie nikt nie zweryfikował, jak wyglądałoby ich męstwo, jeśli mieliby stanąć w faktycznej próbie i czy przypadkiem skopanie w dwudziestu jednego kontrdemonstranta nie jest szczytem ich możliwości „patriotycznych”, ale czują się husarzami, powstańcami i gospodarzami ważnych dla Polaków rocznic. Z pełną akceptacją i poparciem obecnych władz zmieniają polskie rocznice w swoje święta.

Ta ze względu na historię i skutki powstania smutna rocznica staje się jeszcze smutniejsza ze względu na sposób jej obchodzenia – bezrefleksyjny, pozbawiony szacunku dla bohaterów walki, dla ofiar ludności cywilnej, oparty na głupkowatym w swojej istocie dopisywaniu się polityków i „patriotów” z racami do grona bohaterów tamtych dni.

Nie jest to jedyne święto zawłaszczone przez ultraprawicę, ale to zawłaszczenie boli szczególnie, bo powstańcy są wśród nas. Należy im się szacunek, a nie udział w święcie „łydkowych patriotów” i ich politycznych sponsorów.