Czy polityka historyczna jest nam potrzebna?

Od czasu do czasu wraca dyskusja na temat „polityki historycznej”. Są takie momenty – rocznice, święta (jak choćby 1 marca i „Dzień żołnierzy wyklętych”) lub zdarzenia (żeby wspomnieć tylko ostatnie dni – sprawę powołania Greniucha na szefa wrocławskiego IPN) – kiedy przypominamy sobie o tej części życia publicznego.

Dyskusja o polityce historycznej przypomina każdą z polskich debat – nie ma jej w sposób ciągły, nie prowadzi do wniosków (czy choćby protokołów rozbieżności), rozpala się okazjonalnie słomianym ogniem i zanika na miesiące – do następnej okazji.

Po stronie „niepisowskiej” silny jest trend i pogląd odrzucający politykę historyczną jako taką – twierdzenie, że jest niepotrzebna, że historia jest dla historyków, a nas powinno interesować jedynie to, co dziś czy jutro. Do tego dołóżmy likwidację IPN i dla uzyskania pełni szczęścia wykluczmy z kanonu lektur takiego Sienkiewicza za rasistowskie wtręty czy protekcjonalnie obraźliwy stosunek do chłopów, Kozaków i kogo tam jeszcze nasz noblista mógł spostponować.

Byłoby pięknie, gdyby tak się dało. Niestety, polityka historyczna jest taką samą częścią naszego życia co polityka zdrowotna, bezpieczeństwa czy edukacyjna. I tak jak w każdym z tych obszarów – kiedy państwo kapituluje, oddaje walkowerem możliwości tworzenia własnych warunków i wartości. Puste pole przejmują nosiciele fałszu i antywartości.

Pokaźny udział w sukcesach wyborczych PiS miał brak polityki historycznej zbudowanej na aksjologii państwowej, obywatelskiej, równający się przyzwoleniu na budowanie dziwacznych ahistorycznych konstrukcji tożsamościowych. Zastanawiałeś się kiedyś, Czytelniku, kiedy i jak to się stało, że w dominującej narracji NSZ stał się ważniejszy i bardziej reprezentatywny dla Polski Podziemnej od AK? Kiedy rzeź wołyńska okazała się większym nieszczęściem od zbrodni Hitlera i Stalina? Właśnie wtedy, kiedy polityka historyczna państwa przestała istnieć.

Oczywiście krytycy i postulujący odrzucenie polityki historycznej jako miejsca aktywności państwa mają uproszczone zadanie – wskażą palcem na dzisiejszy IPN i od razu skóra nam wszystkim cierpnie. Takie wskazanie nie jest uczciwe – to tak, jakbyśmy do oglądania tego zjawiska zamiast lupy użyli krzywego zwierciadła.

Problemem w tym, co dziś wyczyniają kreatorzy tej sfery życia publicznego, nie jest konserwatywna wizja, z którą można by dyskutować – problemem jest fałszowanie historii, z którym dyskusji nie ma. Tak jak nie ma korespondencji pomiędzy informacją a fake newsem.

Polityka historyczna oparta na fałszu przestaje mieć cokolwiek wspólnego z historią, staje się polityką kłamstwa.

Czym zatem jest polityka historyczna? Historia, osobista, rodzinna, a w skali wspólnoty – państwa, narodu – jest elementem naszej tożsamości, czy tego chcemy, czy nie. Napoleon Bonaparte na propozycje afiliowania go przez pochlebców do królewsko-starożytnych przodków mógł powiedzieć „mój ród zaczyna się ode mnie”, ale to niebywale rzadki luksus. To, co nas łączy bez względu na poglądy, to wspólnota losu – obecnego, przyszłego i przeszłego. Nasza przeszłość jest złożona z dobrych i złych momentów, żadnego z nich nie zmienimy, ale każdy możemy spróbować zrozumieć i ocenić. Dojrzałość narodów opiera się w dużej mierze na umiejętności radzenia sobie z własną historią, odróżnienia w niej dobra od zła. Założenie z góry, że nasza historia była tylko doskonała lub tylko fatalna, nie zniesie zderzenia z faktami, więc doprowadzi prędzej czy później do ich fałszowania.

Polityka historyczna służy zatem do krytycznej oceny własnej przeszłości, ze wskazaniem, gdzie są wzorce do naśladowania, a gdzie popełniliśmy błędy. Z czego możemy być dumni, a czego powinniśmy się wstydzić. Uczciwa polityka historyczna nie doprowadzi nas do wniosku, że wzorami do naśladowania są piewcy „katolickiego państwa narodu polskiego” kolaborujący z Niemcami czy agenci NKWD tworzący „ludową ojczyznę”. Takie wnioski mogą pojawić się tylko wtedy, kiedy państwo kapituluje i odrzuca możliwość budowania tożsamości wspólnotowej, nowoczesnej i uczciwej.

Pytanie, „czy” zajmować się polityką historyczną, jest równie nonsensowne co takie samo o politykę obronną, zdrowotną, emerytalną, jak pytanie o zajmowanie się polityką w ogóle. To ucieczka od problemu, od pytania właściwego – które brzmi: „jak”.