Obajtek. Narodowy przypadek czy przypadłość?

W ciągu tygodnia liczba znanych nam nieruchomości, których właścicielem na różnych zasadach jest Daniel Obajtek, wzrosła z trzech do 15, a liczenie trwa, sprawa – jak się mówi w żargonie śledczych – jest rozwojowa.

Gdyby program „Mieszkanie plus” rozwijał się choć w połowie w takim tempie, mielibyśmy dziś poważny problem ze znalezieniem chętnych na pustostany, no chyba że każdy potrzebujący dostawałby od razu ze dwa mieszkania.

O ile można podziwiać jakiś proceder – to ten na pewno. Facet kupuje nieruchomości za pieniądze, których nie ma, remontują mu dotowane przez państwo fundacje, które grzecznie po remoncie się wynoszą, inni na ochotnika asfaltują mu drogi dojazdowe. A kiedy już idzie na wolny rynek, by kupić mieszkanie od dewelopera – trafia na „superpromocję” i zamiast 12,5 tys. za m kw. płaci 6,9 tys. W czepku urodzony, dziecko szczęścia. Tak to każdy by chciał!

Publikacje „Gazety Wyborczej” i OKO.press obnażają oczywiście przede wszystkim samego prezesa Orlenu – przepływy finansowe, darowizny i darowizny odwzajemnione, sprzedaże i sprzedaże zwrotne wymagają rozrysowania, żeby się w nich nie pogubić. Podobnie jak kręte ścieżki pieniędzy publicznych zasilających inwestycje Obajtka.

Obnażona jest także po raz kolejny mentalność pisowskiej „nowej elity” zachowującej się w Polsce jak w kraju okupowanym, z którego należy jak najszybciej wydrenować wszystkie możliwe korzyści, najlepiej materialne i najlepiej do własnej kieszeni (ostatecznie do partyjnej).

To, co boli najbardziej – kapitulacja państwa w działaniach antykorupcyjnych, zjawisko rodem sprzed rządów PiS (dowodzi tego także przypadek Obajtka), które jak praktycznie każdą patologię zrodzoną w III RP ekipa Kaczyńskiego rozwinęła do monstrualnych rozmiarów.

Przecież wójt Obajtek składał oświadczenia majątkowe. Sensem ich składania nie jest to, żeby dziennikarze największych mediów układali rankingi najbogatszych posłów czy prezydentów miast. Oświadczenia majątkowe są narzędziem mającym chronić nas przed nieuczciwymi urzędnikami, funkcjonariuszami publicznymi. Jeśli wójt ma dochody na poziomie 150–200 tys., a majątek przyrasta mu w tym okresie o 5 mln, to właśnie powinny zadzwonić dzwonki alarmowe we wszystkich służbach zajmujących się korupcją, przestępstwami gospodarczymi i skarbowymi. To z założenia powinno być działanie systemowe, automatyczne, niezależne od tego, kto sprawuje dziś władzę.

Nie było, co ma swoje skutki. Obajtek był wójtem łamiącym zakaz działalności gospodarczej przed objęciem przez ekipę Ziobry nadzoru nad wymiarem sprawiedliwości, przed przejęciem służb przez Kamińskiego. Doniesienia dotyczące działania na szkodę firmy jego wuja czy wątku związków z gangsterami leżakowały sobie spokojnie w prokuraturach, czekając na zmianę władzy (i doczekały).

Oczywiście nie ma symetrii – dziś władza aktywnie broni Obajtka (sprawy umarzane, giną dowody, zmieniają się przepisy), wtedy popełniono grzech zaniechania. Ale skutek jest ten sam – swoboda bogacenia się w sposób nieetyczny i niezgodny z prawem.

 „Interesy” prezesa Orlenu zaczęliśmy poznawać zaraz po tym, kiedy okazało się, że może być kandydatem na premiera. Zapewne wiele dowiadujemy się za sprawą niechętnych tej kandydaturze graczy. A ilu takich „obajtków” jeszcze jest i spokojnie sobie buduje fortunki i fortuny, korzystając z tego, że ich oświadczenia majątkowe od lat są „radosną twórczością”, pisaną „sobie a muzom”, bo nikt z CBA czy innych służb o groźnych nazwach do nich nigdy nie zajrzy? Obawiam się, że Obajtek to nie przypadek, to narodowa przypadłość.