Smoleńska wina Tuska

W okolicach 10 kwietnia unikam mediów – tak po prostu, dla własnego zdrowia. Bo ileż można słuchać o „dochodzeniu do prawdy”, o tym, że raport tuż-tuż, oglądać setki radiowozów zapewniających komfort psychiczny „najbardziej poszkodowanemu przez złe siły” człowiekowi w Polsce, jakim jest we własnym i wyznawców mniemaniu wicepremier ds. bezpieczeństwa.

Oglądanie sprywatyzowanego życia publicznego, sprywatyzowanego po to, by podporządkować je obsesjom i fobiom Kaczyńskiego, jest męczące i bolesne. Unikam mediów, ale nie zawsze skutecznie.

W przeddzień rocznicy Donald Tusk udzielił wywiadu Katarzynie Kolendzie-Zaleskiej w TVN 24. Podjął dyskusję z tezami PiS na temat katastrofy, jednocześnie zaczął opowiadać po raz pierwszy otwarcie o tym, co od dawna krążyło w formie nieautoryzowanej przez żadnego z polityków – o organizacji wizyty, o postawie samego prezydenta Kaczyńskiego, o jego otoczeniu nastawionym konfrontacyjnie do współpracy z ówczesnym rządem, wpływie Jarosława Kaczyńskiego na decyzje brata, w tym o możliwym wpływie na ostatnią z decyzji. Tłumaczył też, dlaczego mówi to dopiero teraz – przez delikatność, empatię dla ofiar i ich rodzin…

Politycy i komentatorzy sprzyjający opozycji podskoczyli z radości: „O, właśnie powiedział, jak było!”. Nie podzielam tej radości, wręcz przeciwnie, uważam, że Donald Tusk właśnie przyznał się do winy. Tak, winy Tuska.

Katastrofa smoleńska była punktem zwrotnym w historii III RP. Badania wskazujące na stymulatory przesuwania się sympatii wyborców i utraty zaufania do instytucji demokracji liberalnej wymieniają „Smoleńsk” zawsze na czele. Po katastrofie zmienił się sam PiS – z na swój sposób proeuropejskiej formacji odwołującej się do tradycji piłsudczykowskiej w antyeuropejską i postendecką. Znakomicie wychwycił to Grzegorz Rzeczkowski w „Katastrofie posmoleńskiej”.

Pamiętam doskonale, kiedy po wyborach prezydenckich 2010 Jarosław Kaczyński porzucił maskę zadumanego starszego pana i wypuścił do boju Macierewicza, pamiętam dziwaczny stupor rządu i PO, niereagujących, pozwalających na tworzenie fantastycznych historii o beczkach z helem rozstawionych w podsmoleńskich lasach, o ustaleniach Tuska z Putinem na sopockim molo. Bez reakcji, bez narracji tłumaczącej i zwalczającej absurdalne wizje.

Być może premier i jego otoczenie liczyli, że kampania zakończy się samoośmieszeniem. No to się przeliczyli – zakończyła się rządami PiS i prawie jedną trzecią Polaków bardziej bądź mniej wierzących w spiski rosyjski, rosyjsko-tuskowy, tuskowo-niemiecko-rosyjski i jakie tam jeszcze wersje krążą. Stało się tak m.in. dlatego, że poza wątkiem technicznym ówczesny rząd zaniechał wyjaśniania i komunikacji w tej sprawie.

Oczywiście to, co dziś przeżywamy, nie wynika wyłącznie z postawy Tuska i jego rządu, przyczyn było wiele, ale w trzeźwej ocenie – zaniechania rządu na wczesnym etapie rodzenia się religii smoleńskiej i mitu Lecha Kaczyńskiego oraz późniejsza wstrzemięźliwość w wypowiedziach premiera ma w tym swój znaczący udział.

Nie jest prawdą, że raport komisji Millera zamyka sprawę katastrofy – wyjaśnia jedynie jej techniczną część, pomijając równie ważną polityczną i decyzyjną, konkretnej odpowiedzialności formalnej i nieformalnej polityków, którzy mieli wpływ bądź (uprawnieni do tego lub nie) podejmowali decyzje dotyczące kolejnych etapów przygotowania i przeprowadzenia tej podróży, która okazała się katastrofą. Dlaczego o udziale Sasina w konstruowaniu tej katastrofy dowiadujemy się z „Polityki” w 2021 r., a nie z publikacji rządowej z 2011 czy 2012?

Widzę w tym wielką winę Tuska, który tłumaczy się delikatnością, empatią, współczuciem. Nie przyjmuję takiego wyjaśnienia. Prawo do takich uczuć ma Donald, nie ma go premier. Stawka tej delikatności okazała się zbyt wysoka – konflikt z UE, sojusz z Putinem, Przyłębska, korupcja i nieudaczność przy pandemii, Obajtek, 60 radiowozów pod jakimś domkiem na Żoliborzu i TVP Kurskiego emitująca paradokument z nagraniami krzyków ginących w katastrofie.

To naprawdę stanowczo za duży koszt dla Polski płacącej rachunek za empatię Donalda dla Jarka.