Po co nam to państwo?

We wrześniu 1939 r., kiedy rząd II RP udatnie zaplanował własną ewakuację (zakończoną pospiesznym opuszczeniem kraju i rumuńskim internowaniem), rząd brytyjski zaraz po przystąpieniu do wojny rozpoczął operację „Pied Piper”. Polegała na ewakuacji blisko 800 tys. dzieci w wieku szkolnym z Londynu na wiejskie tereny Kornwalii i Walii. Relokacji dokonano jak na skalę przedsięwzięcia błyskawicznie – pod koniec pierwszego miesiąca wojny najmłodsi londyńczycy byli już w bezpiecznych miejscach.

W tym czasie rząd RP znalazł się już na obcym terytorium, a wraz z nim naczelny wódz, który przemieszczał się między różnymi miejscami mającymi jedną wspólną cechę – w żadnym z nich nie miał łączności z wojskami – i uznał, że w Rumunii wprawdzie też nie będzie mógł dowodzić, ale będzie przyjemniej. Polskie drogi zablokowane były masami uchodźców, działającymi według praw dla obszarów pozbawionych organizacji państwowej zasady: licz na siebie i ratuj się, kto może.

Dosyć oczywista dla ludzi Zachodu podstawowa funkcja państwa – ochrona życia, zdrowia, majątku i szeroko rozumianego bezpieczeństwa obywateli – w Polsce nie potrafi się przyjąć. Zawsze znajdziemy radość z ofiar i wytłumaczymy sobie, że umieranie za ojczyznę (z sensem czy bez) jest najlepszym, co może Polaka spotkać. Do tego dochodzi nadwiślański fatalizm, przekonanie o nieustającym spisku obcych sił, wobec którego jesteśmy i będziemy bezradni.

Takie nastawienie ułatwia życie rządom. Liczba ofiar pandemii nie robi na większości Polaków wrażenia, nie budzi refleksji: czy naprawdę musiało i musi być ich tak wiele? Czy Polska w czołówce państw z największą liczbą zgonów to „dziejowa konieczność”? Kolejne prześladowanie kraju, który „przez tak długie wieki…”?

Rząd Kaczyńskiego–Morawieckiego nie przeszkadza sobie w działaniu myśleniem o bezpieczeństwie obywateli. Spokojnie kontynuuje demontaż instytucji demokratycznego państwa – w ostatnim tygodniu organu konstytucyjnego, jakim jest Rzecznik Praw Obywatelskich. Tkwi w okopach wojny z samorządami, czego wymiernym kosztem był scentralizowany system dystrybucji szczepionek, prowadzący do nieracjonalnie wielkich zapasów w magazynach i do idiotycznych skierowań dla seniorów na szczepienia w odległych miejscach. Teraz po primaaprilisowym „błędzie systemu” rozsypuje się na naszych oczach i premiuje aktywnych, działających według zasady „ratuj się, kto może”. Obecny brak systemu jest oczywiście lepszy niż to, co się działo do marca, ale czy tego należy oczekiwać od państwa?

Rząd czasu pandemii ma inne priorytety – znakomicie planuje i egzekwuje komfort wicepremiera ds. bezpieczeństwa, usuwa niesłuszne wieńce spod pomników, dba o nieustającą prosperity obajtków, szumowskich, misiewiczów i hoffmanów. Nawet jeśli czasem – jak to w rodzinie – pokłócą się o pieniądze, to nadal nie dlatego, by któremuś przez myśl przeszło, że są jakieś inne zadania niż troska o dobrostan własny, rodziny, koleżanek i kolegów.

Jedna trzecia z nas popiera to bez zastrzeżeń, jedna trzecia zajmuje się gorącym sporem, „czy libek największym wrogiem lewaka jest”, jedna trzecia udaje, że jej nie ma. Wszystkie te grupy łączy głęboka (i trzeba przyznać – mocno uzasadniona) niewiara w to, że rząd i państwo służą do zapewniania bezpieczeństwa obywatelom. Ratujemy się – zdrowotnie, życiowo, biznesowo – na własną rękę. Ciśnie się na usta pytanie: to po co nam to państwo?