Nowa-stara droga lewicy

Kandydat Lewicy na Rzecznika Praw Obywatelskich Piotr Ikonowicz w rozmowie z Janem Śpiewakiem na kanale YT tego ostatniego stwierdził, że Ogólnopolski Strajk Kobiet powinien otrząsnąć się z Marty Lempart, „tak jak psy potrafią otrząsnąć się z pcheł”. Panowie komentowali w ten sposób negatywną opinię liderki OSK na temat porozumienia z PiS–Lewica w sprawie Krajowego Planu Odbudowy. Całość materiału została opatrzona grafiką z napisem „Ogólnopolski Rak Kobiet” (napis został usunięty po licznych protestach odbiorców, treść rozmowy jest dostępna).

Pierwszą refleksją po takiej rozmowie jest ulga, że Ikonowicz nie miał żadnych szans na objęcie funkcji RPO. Mieliśmy różnych rzeczników, ale chyba żaden nie starał się być tak „wyrazisty”, żeby dehumanizować wprost nielubianą polityczkę czy polityka i porównywać do insekta, z którego trzeba się otrząsnąć. Druga refleksja to taka, że jakaś część lewicy przejmuje standardy zarezerwowane dotąd dla PiS, a właściwie antystandardy etyczne i estetyczne.

Rozmowa obu panów jest bardzo pouczająca, ukazuje bowiem stan umysłów tych działaczy lewicowych, którzy zapowiadają większą zmianę. Być może obserwujemy właśnie proces, którego elementami są i porozumienie parlamentarnej Lewicy z rządzącymi, i trwająca od tygodni ofensywa (szczególnie młodzieżówek) w mediach społecznościowych – próba stworzenia nowej pamięci o PRL jako krainie mlekiem i miodem płynącej, zniszczonej podstępnie przez Leszka Balcerowicza i okrutnych „libków”. Zupełnie nie dziwi zbieżność narracji z dzisiejszą pisowską oceną rzeczywistości ostatniego 30-lecia. Postulaty do KPO, które kładą nacisk na jakąś formułę budowy mieszkań socjalnych, pomijając ważne w programach socjaldemokracji europejskich sprawy ochrony środowiska czy uczciwości i transparentności wydatkowania środków publicznych, stają się tu symbolem takiej zmiany.

Lewica postpezetpeerowska być może ze względu na pamięć własną i poczucie winy związane z systemowym łamaniem praw człowieka w PRL w III RP zdecydowanie odcinała się do zasady: damy wam opiekę socjalną, mieszkania i pracę, w zamian nie marudźcie o wolnościach. Szczególnie że te dary pozostawały w sferze obietnic, państwo, które w 1984 r. oficjalnie zbankrutowało, nic dać nie mogło. Nie do przecenienia jest wpływ Sławomira Sierakowskiego i środowiska „Krytyki Politycznej”, przez lata sączące w SLD idee nowoczesnych socjaldemokracji zachodnich, w których programach prawa obywatelskie, zasady liberalnej demokracji nie podlegały dyskusji.

Czasy się zmieniły, lewica sfrustrowana rolą trzeciej-czwartej siły politycznej (a z pamięcią czasów, kiedy była siłą pierwszą lub drugą), szukając nowych dróg, trafia na starą ścieżkę.

Prorokiem, nowym Sierakowskim, staje się Rafał Woś – od lat konsekwentnie piszący, że najważniejsze są bezpośrednie transfery socjalne, rozdawnictwo dóbr i żeby „nie przesadzać” z tymi prawami kobiet, mniejszości, wolnymi sądami czy protestami, że ktoś czasem pałką na demonstracji dostanie. Jego koncepcje podchwytują najpierw marginalni działacze lewicowi (tacy jak wymienieni na wstępie Śpiewak czy Ikonowicz), teraz – jak pokazują wydarzenia ostatnich tygodni – przejmuje je także lewicowy mainstream. Otwarcie, jak Czarzasty czy Zandberg, lub z „pewną taką nieśmiałością”, jak resztki Wiosny Biedronia. Wszystko to podlane sosem nienawiści do „libków”, którym to mianem określa się zarówno liberałów, jak i każdego z własnego grona, kto ma wątpliwości co do nowej drogi. „Libkami” okazali się już Marta Lempart, Sławomir Sierakowski, Piotr Szumlewicz czy Andrzej Rozenek, zgodnie z nienową przecież zasadą, że wróg wewnętrzny…

Za czas jakiś poznamy odpowiedzi na pytania o skutki tej przemiany – na ile ten zwrot jest akceptowalny dla obecnych wyborców lewicy i atrakcyjny, by pojawili się nowi? I jak wpłynie na zasadniczy kształt polskiej sceny politycznej – czy Lewica będzie chciała i zdoła obronić się przed staniem się wymarzoną przez Kaczyńskiego opozycją koncesjonowaną w miejsce ten niedobrej, nazywanej w żargonie Nowogrodzkiej „opozycją totalną”?