Budowanie systemu emerytalnej biedy

Tydzień temu wyczytałem w części opisowej Krajowego Planu Odbudowy: „Istotnym wyzwaniem jest także stosunkowo niski poziom emerytur osób przechodzących na emeryturę po osiągnięciu ustawowego wieku. Ze względu na relatywnie krótki okres składkowy (30-40 lat) wysokość emerytur wypłacanych przez ZUS jest istotnie niższa niż ostatnie wynagrodzenie. Badania prowadzone zarówno przez ZUS, jak i niezależne ośrodki badawcze wskazują, że przedłużenie zatrudnienia o kilka lat ma duże znaczenie dla zwiększenia wysokości emerytury (nawet o kilkadziesiąt procent). Sytuacja ta szczególnie dotyka kobiety ze względu na przechodzenie na emeryturę w wieku 60 lat”.

Sformułowanie „badania prowadzone zarówno przez ZUS, jak i niezależne ośrodki badawcze” prowokuje oczywiście do kpin, bo zależność emerytury od składek jest dość oczywista i oczywista była w momencie forsowania przez PiS obniżenia wieku emerytalnego w 2017 r.

Niezależnie od opisanej wyżej śmieszności w sumie ucieszyło mnie, że rząd dzięki tym wielkim badaniom dotarł do podstawowej wiedzy o polskim systemie emerytalnym. Efektem ustaleń jest założenie finansowania instrumentów, które będą zachęcały do dłuższej pracy (czytaj – dłuższego składkowania) dla ratowania systemu.

Radość moja niestety była krótka – prezydent Duda, ten, który ciągle się uczy, w swojej edukacji nie jest jeszcze szczególnie zaawansowany i dosłownie kilka dni po opublikowaniu KPO proponuje… obniżkę wieku emerytalnego kobiet do 55 lat. Propozycja ma zmierzać do emerytury stażowej, czyli takiej, która jest uzależniona od lat pracy – 35 lat dla kobiet i 40 lat dla mężczyzn. Problem, którego nie chce dostrzegać Andrzej Duda (a który został już zauważony w KPO), to że dla większości kobiet oznaczałoby to emeryturę głodową, w wysokości gwarantowanych przez państwo ok. 1000 zł netto.

Sam pomysł emerytury stażowej nie byłby może najgorszy, gdyby był powiązany z matematyką, a ta jest dość bezlitosna – 35 lat to w większości przypadków za mało, żeby wypracować godne świadczenie emerytalne. Właśnie dlatego jest kryterium wieku, które w dobie coraz dłuższej przeciętnej długości życia, a zarazem coraz większej przeciętnej długości okresu sprawności fizycznej i intelektualnej, mogłoby raczej być podwyższane niż obniżane. Pomysł Dudy jest rodem z disneyowskiej bajki o trzech świnkach, szczególnie o tej, która zbudowała sobie lichy domek ze słomy.

Wróćmy na chwilę do matematyki. ZUS sygnalizuje, że w najbliższym pięcioleciu będzie potrzebował wsparcia budżetowego na poziomie 200-300 mld zł (różnica między wpływami a wydatkami na emerytury), dodatkowe 20 mld rocznie to koszty 13. i 14. emerytury, propozycja obniżenia wieku emerytalnego to ok. 15 mld, do tego dojdzie nieokreślony koszt w postaci projektowanej przez rząd ulgi podatkowej dla tych, którzy nie skorzystają z przywileju emerytalnego. Efektem tych rosnących skokowo transferów z budżetu do ZUS nie będzie poprawa sytuacji emerytów, tylko zwiększone wydatki w systemie pomocy społecznej – bo przecież kobiety z dochodem 1000 zł miesięcznie raczej prędzej niż później po świadczenia socjalne dla najuboższych się zgłoszą.

Jeśli dodamy do pogarszającej się z przyczyn demograficznych relacji liczby płatników składek do świadczeniobiorców ustawowe przesunięcie z pierwszej do drugiej grupy – fundujemy sobie katastrofę.

Katastrofę, której skutki dla emerytów zapewne rząd może łagodzić okazjonalnymi dodatkami, 15. czy 17. emeryturą, ale tego w którymś momencie nie uniosą finanse publiczne; w tym roku planowane wpływy budżetowe to 404 mld zł, przez najbliższe lata będą na podobnym poziomie. Ile z tego można wydać na wsparcie systemu emerytalnego? A przecież poza ZUS dotujemy jeszcze KRUS (16 mld rocznie) i emerytury mundurowe (13 mld).

Sam już nie wiem: czy tworzenie obszaru biedy ma służyć nowym możliwościom rozdawnictwa, które trudno będzie w przyszłości kolejnym ekipom realizować, czy to po prostu deficyty w znajomości podstaw matematyki.