Kwestia wiary

Prezentowany wczoraj „Nowy Ład” to kolejna odsłona sprawności politycznej i marketingowej rządzącej ekipy, tym razem przy wykorzystaniu konwencji sitcomowej, pomagającej głosami z „offu” zauważyć widzom momenty, w których należy się śmiać, płakać lub – co w tym konkretnym przypadku pojawiało się najczęściej – popaść w głęboki zachwyt.

Kaczyński ewidentnie wygrał tę prezentację na poziomie politycznym – wysłał bardzo silny sygnał o przełamaniu kryzysu w obozie władzy. Podpisy zarówno Gowina (niedawno mieliśmy rocznicę konfliktu ocierającego się kilkakrotnie o rozstanie), jak i Ziobry (któremu Lewica pomogła przejść suchą stopą przez nieposłuszeństwo w sprawie Funduszu Odbudowy) to jasny komunikat – trwamy i trwać będziemy.

Niewątpliwym sukcesem jest także to, że do chóru oklaskującego pomysły dołączyła otwarcie duża część lewicowego komentariatu, szczerze ciesząc się z podwyżek obciążeń dla „bogaczy” (czyli osób zarabiających powyżej circa 7 tys. zł) i zapowiedzi kolejnych transferów bezpośrednich.

Sam program nie jest zaskakujący ani szczególnie oryginalny. Oparty na ideach, które już znamy – centralizacji państwa (szczególnie jego finansów i inwestycji) podlanej sosem patriotyczno-godnościowym (może ze zmianą proporcji na korzyść drugiego czynnika – to zapewne kolejny ukłon w stronę Lewicy). Korzyści bezpośrednie z ulg i transferów skierowane są przede wszystkim do tradycyjnego wyborcy PiS – osób gorzej zarabiających, z mniejszych ośrodków i emerytów. Elementem wrogim i do osłabienia jest tradycyjnie nielubiana przez Kaczyńskiego klasa średnia, która traci najwięcej choćby na powiązaniu składki na fundusz zdrowia z dochodem czy zapowiedzianej likwidacji alternatywnych dla umowy o pracę form zarobkowania.

Tradycją ogłaszanych przez PiS programów (ktoś jeszcze pamięta o planach zrównoważonego rozwoju itp.?) jest brak harmonogramu wprowadzania projektów, skutków dla finansów publicznych i podania konkretnych źródeł finansowania zadań. Ogólne odniesienie do Funduszu Odbudowy to mało.

Program stanowi miks drobnych pomysłów odgrzanych („odbudowany” na 100-lecie niepodległości Pałac Saski znowu będziemy odbudowywać, zapomniano jakoś o zapowiedzianej bodaj w 2017 r. odbudowie zamków kazimierzowskich) czy kolejnej próby poprawy sytuacji mieszkaniowej (można spytać, jak obietnice pokrywania wkładu własnego mają się do programu Mieszkanie Plus, który zakładał setki tysięcy mieszkań na najem, czy ostatniego sukcesu Lewicy i kolejnych 75 tys. takich mieszkań). Są też pomysły groźne, jak kosztowna i nonsesowna gazyfikacja terenów słabo zurbanizowanych, czyli perspektywiczne brnięcie w energię z paliwa kopalnego – oczywiście w większości rosyjskiego – zamiast zwrotu ku alternatywnym źródłom budującym niepodległość energetyczną.

Kompletną bzdurą jest powrót do peerelowskiej praktyki rozdzielenia kursu historii powszechnej i polskiej – które buduje trudne do zwalczenia w wieku dorosłym poczucie, że Polska jest na innej planecie niż jej najbliżsi sąsiedzi.

Co z tego programu może być zrealizowane? Wierzę, że powstaną nowe agencje, które siłami tysięcy urzędników będą „zajmowały” się służbą zdrowia. Wierzę w transfery bezpośrednie promujące wielorództwo i szybkorództwo. Wierzę także, że w zależności od kalendarza wyborczego emeryci będą otrzymywali obiecane profity. Wierzę też w zmiany w podstawach programowych, minister Czarnek zadba, by polski uczeń dostawał jak najmniej wiedzy przydatnej w XXI w. To wszystko jest w zasięgu możliwości wykonawczych obecnej władzy. Kompletnie nie wierzę w żaden projekt infrastrukturalny – to możliwości tej władzy przekracza, choć z pewnością powstaną nowe agencje czy spółki skarbu państwa, które w nazwie i celach będą miały realizację tych projektów.

Centralizacja nie poprawi służby zdrowia, nie będzie też służyła inwestycjom. Kolejna faza osłabiania samorządów (nieobecnych w „Nowym Ładzie” poza konferansjerką prezydenta Chełma) obniży jeszcze bardziej poziom usług publicznych i pogłębi nieformalną ich prywatyzację.

„Nowy Ład” mimo częściowo trafnych diagnoz ze względu na recepty jest złym programem, osadzonym mentalnie w ubiegłym wieku, pomijającym kwestie infrastrukturalne kluczowe dla przyszłości – takie jak konieczna rewolucja energetyczna, stepowienie związane ze zmianami klimatycznymi, pogłębiający się deficyt wodny. W warstwie realizacyjnej – skupiony na transferach bezpośrednich z pominięciem pomysłów na budowanie zasobu, który mógłby je unieść w perspektywie dłuższej niż najbliższe kilka lat.

Głównym (może jedynym) celem „Nowego Ładu” jest powrót do poparcia dla władzy na poziom zbliżony do 40 proc. Czy to się uda?

Społeczny odbiór tego programu to kwestia wiary. Czy pamięć poprzednich hucznie ogłaszanych programów PiS jest na tyle w nas obecna, że będziemy potrafili podejść z rezerwą do wczorajszego? Czy pamiętamy polskie samochody elektryczne, promy, milion mieszkań, dentystę w każdej szkole? Bo jeśli nie pamiętamy, to możemy uwierzyć w „Nowy Ład”.