Opozycjo, wybierz przyszłość!

Dobra wiadomość to taka, że w końcu dotarło do nas słońce i czerwcowy długi weekend można spędzać tradycyjnie – opędzając się od komarów atakujących obnażone części ciała.

Być może dobrą wiadomością byłaby zapowiedź powrotu Tuska – gdyby nie to, że zapowiedzi takie stały się tradycją 4 czerwca, obok zwyczajowych przepychanek i dyskusji o wyższości 1992 r. nad 1989 (lub na odwrót).

Niezależnie od tego, czy za którymś razem słowo „powrót” stanie się ciałem, coroczna dyskusja na ten temat zawsze obnaża opozycję – jej słabości organizacyjne i intelektualne.

Donald Tusk jest politykiem dużego formatu, wagi ciężkiej i niewątpliwie każda drużyna chciałaby go mieć w składzie. Ale z tego formatu, z tej wagi też coś wynika.

Rozumiałbym czekanie na Tuska, gdyby gra dotyczyła stanowiska sekretarza generalnego ONZ czy NATO – tak, tam bez zawodnika tej klasy trudno zawalczyć. Problem w tym, że polska opozycja gra – używając porównań sportowych – o awans z drugiej do pierwszej ligi. Nawet nie o Ligę Mistrzów – tylko o krajową wyższą ligę. Naprawdę bez Tuska nie ma szans?

Przeciwnikiem jest Jarosław Kaczyński, starszy pan o maksymalnym wskaźniku braku zaufania społecznego, któremu Rzeszów myli się ze Szczecinem. Przeciwnikiem jest skorumpowana, zadufana w sobie władza, popełniająca błąd za błędem, tkwiąca w pysze i wierze, że rozdawnictwo i media narodowe zabezpieczają jej pozycję. Ta władza wierzy także głęboko, że jej status zabezpiecza taka, a nie inna opozycja.

Opozycja, która lubi zajmować się sobą – a to wojna lewaków z libkami, a to wielotygodniowe rozważania, kto i kiedy obali Budkę lub czy Hołownia przejmie w tej kadencji całą PO, czy tylko część. Problemy rozpalające umysły klasy politycznej, w najlepszym wypadku Polakom obojętne, w gorszym demobilizujące wyborcę opcji proeuropejskiej.

Wiara w Tuska opiera się głównie na tym, że jak przyjedzie na białym koniu, to wszyscy – od Zandberga do Hołowni – staną się grzeczni i zaczną robić to, co powinni. Odkładając na bok realność tego założenia – nawet jeśli, to co? Wygrana na 100 proc.? To myślenie magiczne, nie polityczne.

Czy po sześcioleciu najgorszych po 1989 r. rządów, które otrzymały drugą kadencję zarówno parlamentarną, jak i prezydencką, nie czas na wybranie przyszłości?

Czekanie na powrót Tuska daje usprawiedliwienie bezczynności, braku pracy – przede wszystkim intelektualnej – nad nowym, nad pomysłem na Polskę, który może zmobilizować tych, którzy anachroniczność pomysłów i antypaństwowość tych rządów widzą lub czują, lecz nie widzą alternatywy, nikogo, kto przedstawiłby wizję lepszej przyszłości w miejsce powrotu do lepszej przeszłości. Kto wyzwoliłby emocje społeczne takie, jakimi było parcie do europeizacji i modernizacji Polski po upadku PRL. W takim projekcie na pewno znalazłoby się miejsce dla Tuska i pokolenia rządzącego od 1989 r., ale nie można wymagać, żeby to pokolenie wymyślało siebie i ideę polską od nowa. Weterani nie wywołają nowej rewolucji, mogą próbować powtarzać starą – restauracje jednak bardzo rzadko się udają, a jeśli już, to żywot ich jest krótki.

To ci, którzy są liderami (lub mogą nimi być) opozycji, tu na miejscu muszą wymyślić siebie i pomysł na Polskę, który pozwoli zmienić władzę. Nie mogą zrzucać z siebie tego zadania i odpowiedzialności. Muszą dojrzeć, dorosnąć, nie oglądać się na weteranów i stare autorytety – nie mam zresztą żadnych wątpliwości, że Donald Tusk z radością poprze taką dojrzałą i gotową do walki formację opozycyjną.